- Dyscyplina: Koszykówka
- Rodzaj zakładu: dwudrogowe
- Typ: 1
- Kurs: 1.68
- Stawka: 4/10
- Data rozpoczęcia: 30.04.2011 03:00
- Bukmacher: Centrebet
Wybieranie do analizy takiego meczu zakrawa na bukmacherskie samobójstwo, ale myślę, że czasem warto zawierzyć "kobiecej intuicji" odzywającej się czasami w każdym z nas i wytypować zdarzenie, którego pewni nie jesteśmy. Po obejrzeniu dwóch z 5 meczów pomiędzy tymi zespołami w serii play-off faworytem o dziwo wydają się właśnie podopieczni Lionela Hollinsa, ale jeśli spojrzymy na tę rywalizację to dostrzeżemy, że jest bardzo zmienna. Pierwsze zwycięstwo Grizzlies w San Antonio było odbierane z jednej strony jako wielka niespodzianka, ale w sumie niegroźna. Ot, outsider wygrał sobie pierwszy mecz, w którym faworyci grali bez Manu Ginobillego co jednak bardziej zapowiadało po prostu dłuższą serię niż możliwą niespodziankę szczególnie, że już w drugim Argentyńczyk poprowadził Ostrogi do zwycięstwa. W Memphis podopieczni Gregga Popovicha mieli wyrwać choć jeden mecz, szansę na to mieli jednak tylko w meczu numer trzy, ale wtedy błysnął Zach Randolph, który trafił dość niespodziewaną trójkę. Zresztą jeśli popatrzymy na całe spotkanie, które miałem przyjemność oglądać na żywo to zobaczymy, że ekipa Grizzlies prowadziła przez cały mecz. W czwartym spotkaniu na parkiecie rządzili wyłącznie gospodarze, którzy dokonali jak dotąd jedynego blow-outu w tej serii.
W piątym spotkaniu doszło do sytuacji, która zmieniła nieco percepcję kibiców, którzy już pogrzebali Starych Mistrzów. Czy jednak faktycznie ów mecz przemawia wyłącznie za Spurs? Moim zdaniem nie, bowiem w euforii spowodowanej kapitalnymi rzutami Manu i Neala większość obserwatorów zapomina o kilku faktach. O tym, że Memphis udało się zniwelować sporą przewagę początkową ekipy Spurs. O tym, że spotkanie to po raz kolejny dobitnie wykazało, że Spurs nie radzą sobie w serii z Randolphem i Markiem Gasolem, a przecież Grizzlies w żadnym wypadku nie są ekipą opartą tylko na tych zawodnikach. O tym, że Popovich musiał skorzystać z usług Thiago Splittera, którego w sezonie zasadniczym notorycznie pomijał. W końcu o tym, że Grizzlies w niczym nie przypominają zespołu z jeszcze choćby roku temu gdy grali dość wesołą koszykówkę. Teraz w ich szeregach znajdziemy doskonałych speców od obrony (Tony Allen, Shane Battier), duet wysokich podkoszowych czy też strzelców z dystansu pokroju OJ Mayo. Brakuje Rudy Gaya? No way! Rolę closera spełnia bowiem z powodzeniem Zach Randolph, który udowadniał to już w owej serii wielokrotnie, także w fatalnie przegranym meczu po dogrywce.
Nie przeceniałbym zresztą roli tej dogrywki. Już Dallas Mavericks pokazali, że można zapomnieć o świetnej passie rywala w poprzednim meczu, która kosztowała drużynę zwiększenie przewagi. Moim zdaniem zresztą efekt fantastycznej końcówki meczu numer 5 został już przez Spurs zdyskontowany w dogrywce tego meczu. To wtedy Grizzlies pomału godzili sie z tym, że nie wygrają serii w 5 meczach wobec tak wspaniałej postawy Mistrzów z Texasu. Ginobilli powiedział zreszta po tym meczu, że nie sądzi, iż jego drużyna pokazała charakter Mistrzów, myśli raczej, że mieli dużo szczęścia. Zaimponował mi tym zresztą, bo Argentyńczyk przebił się tym zdaniem przez ogólną euforię wokół tego spotkania i moim zdaniem chciał przez to powiedzieć: "Hej, Panowie! Nie wygramy drugi raz w taki sposób, nie próbujcie nawet o tym tak myśleć! Mieliśmy już kilkanaście punktów przewagi, a jednak dogonili nas we własnej hali". Jak na razie mało wskazuje na to, że Spurs znajdą jakąś receptę na dominację podkoszową rywali i świetną obronę. Szkoda, bo lubię obie drużyny- niestety jedna musi już w tym sezonie odpaść...





